Bez zdjęć, ale za to na wesoło
I jak tu się nie cieszyć, kiedy wrteszcie znikła uprzykrzona, znienawidzona góra gruzu? No jak? Moje udręczone oczęta męczyły się potwornie patrząc na piętrzący się na podwórku Mount Everest. W workach po ekogroszku i bez worków, styropian, śmieci budowalne, kawałki pocietych i połamanych pustaków... zresztą czego tam nie było!
Wszystko, jak za dotknięciem czarodziejskiej rózdżki pojechało w świat. Pa, pa!
Panowie byli bardzo solidni, wszystko ładnie wysprzątali i wygrabili, firma jest jak najbardziej oficjalna, więc nie muszę się martwić i zadręczać ekologicznej części duszy, że śmieciory trafią na jakieś dzikie wysypisko.
W każdym razie mam już czysto. Wspomniany Mount Everest składał się z... bagatelka - 4 wywrotek!!!
Kolejnym tematem do rozgryzienia będzie ukształtowanie terenu /czyli innymi słowy likwidacja hałd ziemi i takie rozplanowanie, żeby dobrze było/, no i odprowadzenie wody deszczowej. Pierwsze eksperymenty w tym kierunku zostały wprawdzie poczynione, ale wszystko jest jeszcze na etapie prób i błędów /czyli co próba to błąd /.
...............................................................................................................................
Acha. Zdjęć śmieci nie posiadam, bo tak bardzo mi się nie podobały, ze nie mogłam się zmusić do jakiegokolwiek uwieczniania... a bez zdjęć "przed" zdjęcia "po" nie mają najmniejszego sensu: ot, kawałek zwykłej działki...
Komentarze